Cześć, nazywam się Jakub Rajewski, choć wielu zna mnie po prostu jako BydLuck. To pseudonim, który jest dla mnie czymś więcej niż ksywką – to moja filozofia życia. Łączy miasto Bydgoszcz, z którym jestem związany z angielskim słowem „luck”, czyli szczęście. Ale nie wierzę w przypadkowe wygrane. Dla mnie szczęście to nie coś, co po prostu się trafia – to efekt gotowości. To ten moment, w którym długie przygotowania spotykają się z właściwą okazją. Tak właśnie rozumiem szczęście.
Mam 33 lata i od 18 lat nie schodzę z maty. Sporty walki towarzyszą mi przez większość życia. Zaczynałem jako młody chłopak, który nie wiedział jeszcze, kim chce być – ale wiedział, że chce walczyć. To była potrzeba głębsza niż fizyczna aktywność. To było szukanie sensu, struktury, siły wewnętrznej.
Pierwsze treningi odbywałem w klubie Muaythai Legion Bydgoszcz. I do dziś to miejsce jest dla mnie domem.
Nie byłem od razu najlepszy. Zaczynałem w kategorii -60 kg jako junior. Walczyłem, uczyłem się przegrywać, wstawać, poprawiać błędy. Pierwszy złoty medal Mistrzostw Polski? Przyszedł dopiero po kilku latach. Ale smakował lepiej niż złoto, bo wiedziałem, ile mnie kosztował.
Z czasem przyszły sukcesy. Zdobyłem 7 tytułów mistrza Polski, a także mistrzostwo świata w MuayThai. Walczyłem i wygrywałem za granicą – w Tajlandii, Niemczech, Czechach, Chorwacji, Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Ale nigdy nie liczyłem wyłącznie tytułów. Liczyły się dla mnie godziny spędzone na macie, nieprzespane noce przed ważnymi walkami, chwile, kiedy miałem wątpliwości – i mimo to wracałem do treningu.
Jeśli pytasz o mój styl walki – jestem zawodnikiem wszechstronnym. Lubię bazować na boksie, dominować rywali w klinczu i uderzać łokciami, a timing uważam za kluczowy. Staram się łączyć precyzję i wyczucie z siłą charakteru. Nie walczę chaotycznie – wolę opanowanie i skuteczność. Lubię myśleć w ringu.
Coraz częściej myślę też o wejściu do ringu bokserskiego – bo boks to sztuka, którą chciałbym rozwijać także w zawodowym wydaniu.
Zanim wejdę do ringu, mam swoje rytuały. Medytuję, wizualizuję, słucham muzyki i tańczę. Jest jeszcze coś, do czego się przyznam. Dobra kawa i kawałek czekolady zarówno przed walką jak i przed treningiem pomagają mi osiągnąć dobry nastrój i wejść w stan flow, w którym czas leci inaczej, skupienie jest ostre jak brzytwa i myśli zastępuje czucie i instynkt.

Po latach na macie naturalnie przeszedłem do roli trenera. Lubię dzielić się moją wiedzą i doświadczeniem. Chcę inspirować innych do podążania za swoją pasją, stawiania sobie wyzwań i przekraczania własnych ograniczeń.
Dziś prowadzę zajęcia w bydgoskim Legionie i w XYZ Fight Academy. Pracuję z zawodnikami, ale też z osobami, które dopiero zaczynają. Z dziećmi, dorosłymi, amatorami i tymi, którzy wracają po przerwie. Nie ważne, czy ktoś ma doświadczenie – ważne, że chce się rozwijać.
Jako trener stawiam na indywidualne podejście. Każdy człowiek, który przychodzi na matę, niesie coś ze sobą – nie tylko ciało, ale i głowę, emocje, historię. Dla mnie największą satysfakcją jest nie tylko widzieć, jak ktoś poprawia kopnięcie – ale jak zaczyna inaczej patrzeć na siebie. Jak zyskuje siłę, spokój, pewność. Jak wychodzi z treningu nie tylko silniejszy fizycznie, ale też spokojniejszy. Praca trenerska to dla mnie więcej niż nauka techniki – to sposób, w jaki Jakub BydLuck Rajewski może dzielić się swoją wiedzą, doświadczeniem i podejściem do życia.
Nie ukrywam – dużą część mojej pracy to treningi personalne. Uwielbiam tę formę, bo pozwala mi wejść w głębszy kontakt z podopiecznym. Wspólnie pracujemy nad ciałem, ale też nad głową. Nad oddechem, ruchem, świadomością.
Inspirują mnie różne style – MuayThai, K-1, boks, MMA. Ale najbardziej inspirują mnie ludzie. Moi uczniowie. Ci, którzy przyszli nieśmiało na pierwszy trening, a dziś walczą z sercem. Ci, którzy zrzucili kilogramy, pokonali lęki, odzyskali kontrolę nad własnym życiem. Ich historie dają mi energię do działania.

Jako trener i zawodnik kieruję się kilkoma wartościami. Determinacja – bo bez niej nie ma progresu. Pokora – bo każda porażka może czegoś nauczyć. Sprawiedliwość – bo w ringu trzeba być czystym. I empatia – bo wiem, ile odwagi potrzeba, by wejść na matę i skonfrontować się z samym sobą.
Jeszcze w tym roku planuję wrócić do ringu – bo nadal chcę się rozwijać jako zawodnik. Ale też pracuję nad nowymi projektami trenerskimi. Marzy mi się miejsce, w którym sport spotyka się z rozwojem osobistym – nie tylko fizycznym, ale też mentalnym i emocjonalnym. Wierzę, że historia, którą przeszedł Jakub BydLuck Rajewski, może być inspiracją nie tylko dla zawodników, ale dla każdego, kto szuka własnej siły.
Nie chcę tylko uczyć ciosów. Chcę pomagać ludziom odnaleźć siłę, odwagę i spokój. Bo walka to nie tylko runda w ringu. To czasem wstanie rano i pójście za tym, co ważne – mimo lęku.
I to właśnie uczucie – że ktoś po treningu wychodzi nie tylko zmęczony, ale też uśmiechnięty, bardziej pewny siebie, bardziej obecny – to dla mnie największy sukces.
